Polska

Reality TV: tania sensacja

Zalewają nas programy, które udają, że odzwierciedlają prawdziwe życie. A my wolimy wzruszać się ciężką dolą telewizyjnego bohatera niż pomóc sąsiadowi, który też jest w trudniej sytuacji. Real nas nie obchodzi. Dowolny odcinek programu „Wybacz mi”… Bohaterka ze łzami w oczach opowiada, jak pokłóciła się ze swoją, dajmy na to, ciotką. Potem spłakana ciotka przedstawia swoją wersję wydarzeń. Na koniec pojawia się wielki bukiet kwiatów, padają patetyczne wyznania i wielkie słowa, wszystko w zalewie wielkiego kiczu.

„Producenci nawet nie uświadamiają sobie, że duża część odbiorców traktuje takie programy jako główne źródło wiedzy o emocjach, sposobach rozwiązywania problemów i wyrażania swoich uczuć” – mówi dr Urszula Kurczewska, pracownik Instytutu Socjologii PAN, która od lat prowadzi badania nad tym, w jaki sposób telewizja naśladuje rzeczywistość. „Potem w domach mamy do czynienia ze scenami pełnymi egzaltacji, zupełnie jak w telewizji, co jednak nie zawsze kończy się happy endem” – dodaje. Programy, w których imituje się świat realny, wręcz nas zalewają. Od reality show typu „Big Brother”, poprzez inscenizowane filmy dokumentalne, różnego rodzaju „Idole”, aż po sejmową komisję śledczą. „To prawdziwa inwazja. Niestety, takie programy są nastawione przede wszystkim na wywołanie emocji. Nie zachęcają ludzi ani do działania, ani do próby zmiany rzeczywistości. To po prostu epatowanie sensacją” – mówi dr Kurczewska. I podaje przykład: obejrzenie programu o adopcjach, nawet popłakanie sobie przed telewizorem, jest łatwiejsze niż realna pomoc sąsiadowi, który boryka się z podobnym problemem. Dlatego wybieramy to pierwsze. Programy te są jednak emitowane, bo ludzie chcą je oglądać. „Są łatwe w odbiorze, nie wymagają głębszej refleksji. Poza tym operują formułą obrazkową, łatwo przyciągającą uwagę. Proszę zauważyć, że w podobny sposób zaczyna się konstruować programy informacyjne: bardziej liczy się sensacja niż sama treść” – zauważa dr Kurczewska. Jak w ten nurt wpisują się sejmowe komisje śledcze? „Możemy tu oprzeć się na badaniach amerykańskich. Tam podobne komisje działały już w latach 60, 70, na przykład w związku z aferą Watergate. W Stanach relacjonuje się też posiedzenia sejmowe. I co się okazało? Pod wpływem kamer sędziowie wydawali inne wyroki niż te orzekane bez publiczności. Podobny mechanizm może zadziałać w naszych komisjach” – mówi.

[Joanna Woźniczko, Gazeta.pl]

Poprzedni artykułNastępny artykuł