Taniec z Gwiazdami 01, Taniec z Gwiazdami 02, Taniec z Gwiazdami 03, Taniec z Gwiazdami 04, Taniec z Gwiazdami 05

O co chodzi z tym całym „Tańcem z Gwiazdami”?

„Taniec z Gwiazdami”: średnia oglądalność od kilku do kilkunastu milionów widzów w zależności od wielkości kraju. Boom na szkoły tańca. Dziesiątki alternatywnych wersji. Płyty i książki. O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego? Po co?

Podobno oglądając taniec na ekranie, telewidzowie czują się dokładnie tak samo, jakby sami pląsali. Czy rzeczywiście? To zagadnienie należy pozostawić naukowcom. Niech mierzą poziom hormonów, badają pracę serca oraz czynność poszczególnych obszarów mózgu i sprawdzają, co dzieje się z naszym organizmem w trakcie emisji kolejnego odcinka „Tańca z Gwiazdami”. Faktem jednak pozostaje to, iż program nie traci na popularności, a po jego pojawieniu się na telewizyjnej antenie ludzie zaczęli chętniej tańczyć.

Amerykańscy, brytyjscy, niemieccy i polscy przedstawiciele klasy „coach potatoes”, osób, które nad przyjemności ruchowe i dbałość o zdrowie oraz figurę przedkładają wygodny fotel (najlepiej znany z „Przyjaciół” model „lazy boy” z automatycznie wyciąganym podnóżkiem i wygodnym oparciem pod rękę) i przekąski, postanowili odwiedzić salę treningową. Specjalistyczne szkoły salsy, tanga, tańca nowoczesnego, numerów z klasycznych teledysków, z bollywoodzkich filmów, a także kluby tańca towarzyskiego, uczące podstawowych kroków standardowych i latynoskich przeżywają prawdziwy rozkwit. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Akademia Tańca założona przez jedną ze zwycięskich par polskiej edycji „Tańca z Gwiazdami” – aktorkę Katarzynę Cichopek oraz Marcina Hakiela – wymieniana jest na łamach biznesowych pism jako wzór rozkręcania własnej działalności gospodarczej. Firma działa na razie w Warszawie, ale wkrótce przemieni się w sieć z siedzibami nad morzem i w Krakowie. Gazety publikują dodatki z zestawieniami najlepszych szkół tańca w najważniejszych miastach. Poprzez internet każdy z łatwością znajdzie dla siebie jakiś kurs – w wakacje, w środku zimy, dla początkujących i zaawansowanych, lekcje indywidualne i tańsze zajęcia w grupach… Z mistrzami i początkującymi instruktorami. Sami tancerze i jurorzy „Tańca z Gwiazdami” nie mogą się nadziwić. Aneta Piotrowska, Edyta Herbuś, Robert Kochanek, Rafał Maserak i inni z radością powtarzają, iż to właśnie dzięki show taniec stał się popularny. I jakoś nie ma ochoty się znudzić. Dlaczego? Poza biologicznymi i fizjologicznymi (o ile te faktycznie mają jakieś znaczenie), można wymienić przynajmniej kilka powodów. Ale po kolei.

Krótka historia
„Taniec z Gwiazdami” to dzieło Brytyjczyków. Jeżeli chodzi o telewizyjne pomysły przynoszące producentom krocie, są oni w ostatnich latach nie do pokonania. Producenci z Albionu doskonale czują potrzeby widzów i wiedzą, gdy dany format zaczyna się im już nudzić i wymaga natychmiastowych zmian lub wręcz… zdjęcia z anteny. Chociaż światowa kariera reality show rozpoczęła się wraz z holenderskim „Big Brotherem”, to program ten prawdziwego rozmachu nabrał wraz z brytyjską edycją. To również na Wyspach rozpoczęła się międzynarodowa popularność „Najsłabszego ogniwa” („The Weakest Link”), „What Not to Wear”, „Top of the Pops”, „Top Gear”, czy „Milionerów” („Who Wants to Be a Millionaire?”).

„Strictly Come Dancing”, gdyż tak brzmi oryginalny tytuł programu, wymyślili pracownicy BBC. Pierwszy odcinek nowego show został nadany na antenie stacji 15 maja 2004 roku i przyciągnął przed małe ekrany 4,61 miliona widzów. Finał oglądało dwukrotnie więcej osób. Średnia oglądalność drugiej serii plasowała się już na poziomie 8,15 miliona, trzecia – 8,75, a czwarta – 8,81 (ostatni odcinek obejrzało wówczas aż 12,11 miliona osób). O podobnych, milionowych widowniach, mówić można wszędzie, gdzie format zawędrował. A jego popularność i oddziaływanie przerosło oczekiwania nawet najbardziej śmiałych znawców telewizji. Jedyną konkurencją dla programu są niektóre seriale oraz okazjonalne transmisje z istotnych wydarzeń. Show doczekało się nie tylko kilkunastu edycji narodowych, wszelkiego rodzaju okołoprogramowych gadżetów: płyt z muzyką, DVD z kolejnymi odcinkami, artykułów, galerii, ale i licznych przeróbek (np. „Taniec na lodzie”), w których schemat zawsze jest ten sam. Lokalne gwiazdy (przede wszystkim seriali, acz nie jest to reguła) łączy się w pary z profesjonalnymi tancerzami. Razem przechodzą treningi i wgłębiają się w tajniki tańca i choreografii. W kolejnych odcinkach pokazują swoje świeżo nabyte umiejętności przed jury, składającym się z profesjonalistów i przedstawicieli świata kultury (w polskim przypadku są to mistrzyni świata w tańcu, choreograf, aktorka i piosenkarz), oraz telewidzami. Otrzymują punkty, które decydują o ich przejściu do kolejnego etapu rywalizacji. Wszystko to okraszone kostiumami i melodyjną muzyką.

W Polsce program zadebiutował w wiosną 2005 roku. Najmniejsze zainteresowanie wzbudził pierwszy sezon, ale już drugi, w którym tańczyły Katarzyna Cichopek oraz Małgorzata Foremniak nie miał konkurencji. A gdy zaczęto plotkować o romansach z parkietu, usłyszeli o nim nawet ci, którzy od odbiornika telewizyjnego trzymają się na co dzień z dala…

Fenomen? Moda?
W Polsce trwa obecnie piąta edycja programu. Wydawać by się mogło, iż nastąpi przesyt, że ludzie się znudzą, odejdą do innych show (np. „Jak oni śpiewają?”), rozłożą swoje kanapy i na nowo zaczną się objadać chipsami i opijać napojami gazowanymi. Nic bardziej mylnego! Oczywiście, nie wszyscy dali się „zreformować” i pokochać, jeżeli nie taniec, to przynajmniej ruch lub chociaż jego oglądanie. Niemniej, wiele wskazuje na to, iż „Taniec z Gwiazdami” ma się dobrze, wręcz bardzo dobrze. Nazwa show działa jak słowo-klucz. Wystarczy tylko je głośno wypowiedzieć, a już zaczynają się dyskusje. Jedni chwalą, inni ganią, ale machina pędzi do przodu. Czy sekret tkwi w prowadzących i jury oraz ich komentarzach, dowcipach i ocenach? Bez żadnego kłopotu znajdziemy widzów, którzy uwielbiają Katarzynę Skrzynecką i Huberta Urbańskiego oraz Beatę Tyszkiewicz, Zbigniewa Wodeckiego, Piotra Galińskiego i Iwonę Pavlović. Ale równie łatwo natkniemy się na tych, których to grono denerwuje, a wypowiedzi oraz zachowania śmieszą lub irytują. A może chodzi o element rywalizacji? To przecież ona przyciąga miliony na stadiony sportowe. Ona wciąga i wzmaga emocje. Działa jak narkotyk – zarówno dla tych, którzy biorą w niej udział, jak i tych, którzy ją obserwują, którzy jej kibicują. Jest siłą napędową sportu i wielu zabaw oraz rozrywek. „Tańca…” też.

Ale może to jeszcze władza, którą nad uczestnikami show mają widzowie? To w końcu oni decydują o wynikach konkurencji. Oceny, opinie i punkty jury pełnią jedynie funkcję pomocniczą, doradczą. Przyznanie danej parze głównego trofeum – Kryształowej Kuli – niekoniecznie świadczy o odkryciu wspaniałego talentu tanecznego, nowego mistrza parkietu. Równie dobrze można to potraktować jako sprawdzian popularności. Ktoś się ładnie uśmiechnie, kto inny uwiedzie swoim wyglądem. Komuś uda się coś dowcipnego powiedzieć. Ktoś zaimponuje swoim uporem. A jeszcze ktoś inny… gra ciekawą postać w jakimś serialu. I będzie przechodził, z odcinka do odcinka, choć rytm i kroki będą stanowiły dla niego lub niej czarną magię.

Tajemnica powodzenia „Tańca z Gwiazdami” ewidentnie leży też w samych sławach, które spadają z piedestału, potykają się, męczą, popełniają błędy, narzekają na ciężkie treningi, wieczorowe kreacje zamieniają na spodnie od dresu, a makijaż na spocone czoła. Hollywoodzki system gwiazd, w którym wizerunki aktorów i aktorek były ściśle kontrolowane przez wytwórnie, runął już kilkadziesiąt lat temu. Obecnie lepiej niż wzorce szlachetności sprzedają się porażki, brzydota i wpadki. Ideały są nudne. Pijackie wpadki Lindsay Lohan, depresja Britney Spears, czy nawiedzone wypowiedzi Toma Cruise’a zdobią gazetowe nagłówki i stają się tematem rozmów, a o dobrym sercu Paula Newmana nie pamięta nikt. Odbiorców interesuje to, czy Małgosia Foremniak zdradziła swojego męża z tancerzem Rafałem Maserakiem, a Kasia Cerekwicka zakocha się w Żorze. A że narodziny uczucia lub początek życiowej tragedii można śledzić na bieżąco… Plotki to niewątpliwie jedna z głównych sił napędowych „Tańca z Gwiazdami”. Romansowa pikanteria ubarwia show. Widzów przyciągać też mogą inne drobiazgi – feeria świateł, wspaniałych kreacji (w przypadku pań często bardzo skąpych, niekrępujących ruchów, ale odpowiadających przepisom światowego ruchu tańca towarzyskiego), choreografii, czy wreszcie melodyjna, nieskomplikowana muzyka – przeboje dyskotek, seriali, filmów, czy nawet oper lub sal koncertowych w nowych aranżacjach, przystosowanych do rytmu danego tańca.

Ale to jeszcze nie wszystko. Gdyby podejść do sprawy czysto teoretycznie, medioznawczo, można by się pokusić o tezę, iż działa tu mechanizm podobny do tego, który gwarantuje nieustającą popularność seriali. Bo przecież serial to jeden z najnudniejszych gatunków telewizyjnych. Pod różnymi tytułami, z różnymi aktorami powracają do nas te same historie. Owszem, czasem zdarza się jakaś mała rewolucja („Z Archiwum X”, „Ostry dyżur”, „Policjanci z Miami”, „Przyjaciele”, „Zagubieni”), ale… nigdy nie odstaje ona specjalnie od schematów, które zadomowiły się w naszej kulturze na długo przed wymyśleniem telewizji, a nawet kina, które wykreowała literatura starożytna i które przystosowała do swoich wymogów (podziału na odcinki i budowy napięcia w ich obrębie) prasa. Umberto Eco już kilkadziesiąt lat temu opisał pewną ludzką słabość: uwielbienie dla rzeczy znanych, które można na nowo powtarzać w nieznacznie różniących się wersjach (który to bohater wspominał, iż lubi jedynie te filmy, które już zna?). Ma to swoje głębsze uzasadnienie psychologiczne, które należy jednak pozostawić do analizy psychologom i socjologom oraz filmoznawcom. Jednak wyniki oglądalności nie pozostawiają w tym względzie żadnych wątpliwości. Pierwsza seria: czegoś nowego, nieznanego, obcego, budziła największą nieufność i najmniejsze zainteresowanie. „Taniec z Gwiazdami”, podobnie zresztą jak wiele telewizyjnych hitów, tempa nabiera dopiero wraz z kolejnymi sezonami. Zasady pozostają te same, wszyscy wiedzą już o co chodzi, a nowością (zmianą) są gwiazdy.

Żadna z powyższych rzeczy, zjawisk i upodobań ludzkich nie tłumaczy jednak dziwnych zachowań społecznych w postaci „ataku” na szkoły tańca, „tańcomanii”. Ale w tym przypadku odpowiedź jest akurat najprostsza, a brzmi: taniec. Program go pokazał. Udowodnił, iż przy odrobinie dobrej woli, minimalnym wysiłku, można dobrze się bawić. Wyczucie rytmu, doskonała kondycja fizyczna, młody wiek są wskazane, pomogą, ale ich brak nie stanowi przeszkody. Bo… tańczyć każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej, ale zawsze ku swojej radości i przyjemności.

[Dagmara Romanowska, Onet.pl]

Poprzedni artykułNastępny artykuł