Wyprawa Robinson

Zaczęty przez Showmag, Nd, 24 Paź 2004, 15:51:43

Showmag

Rekord oglądalnosci "Wyprawy Robinson"
Poniedziałek, 6 grudnia 2004, godzina 23:17

Od 13 wrzesnia telewizja TVN emituje reality show "Wyprawa Robinson". Jak wynika z danych AGB Polska, program początkowo nie notował najlepszych wyników oglądalnosci, jednak w ubiegłym tygodniu widowisko przyciągnęło przed ekrany rekordową liczbę widzów. Odcinek wyemitowany 30 listopada, w którym do półfinału dostały się trzy kobiety, oglądało w sumie 3,44 mln osób. Należy przy tym wspomnieć, iż tegoroczna edycja "Wyprawy Robinson" dobiega już końca, a finał będzie można zobaczyć w poniedziałek, 13 grudnia o 21:30 w TVN.

[showmag.info]

Showmag

Wywiad z Lidią Lewandowską-Wasiak
Czwartek, 9 grudnia 2004, godzina 20:10

Typowe szczecińskie osiedle: nie blokowisko, ale na pewno nie apartamentowce. Mieszkanie Lidki i jej 14-letniej córki Karoliny ma 64 metry. "Można potańczyć"- mówi Lidka. Niektóre meble pamiętają jeszcze czasy jej panieńskiej kawalerki, ale dziewczyny ożywiają je nowymi drobiazgami: "Tu postawimy kwiatek, tam zdjęcie w ramce, cos podmalujemy". Wstają o 6:50. Lidka robi sobie kawę z mlekiem, a Karolinie kanapki do szkoły. Potem "ogarnia dom" i sama je sniadanie. Od dwóch lat zawsze to samo: słodkie bułki z dżemem i jeszcze jedna kawa z mlekiem. Z solarium, gdzie pracuje, wraca do domu wieczorem, po drodze robi jeszcze zakupy. Po kolacji Karolina idzie spać, a Lidka spędza noc z "przyjacielem pilotem", bo tak mówi o oglądaniu telewizji. Każdy dzień podobny jest do poprzedniego. Nie zmienia się absolutnie nic, nic się nie dzieje.

21 lat temu Lidka wystartowała w konkursie pięknosci i wygrała. Potem, jak sama mówi, jej życie składało się z zaskoczeń i rozczarowań. Wytrzymała niemal dwa miesiące w malezyjskiej dżungli. W morderczym upale, bez jedzenia, wsród węży. Lidka Wasiak- Miss Polonia 1983, walczyła o zwycięstwo w kontrowersyjnym reality show TVN "Wyprawa Robinson". Czy to był dobry sposób, by znów zmienić swoje życie? Oba przedsięwzięcia, na które się porwała: konkurs Miss Polonia i "Wyprawa Robinson", łączy tylko jedno: i na wybiegu dla finalistek konkursu w warszawskiej Sali Kongresowej, i na plaży bezludnej wyspy na Morzu Południowochińskim, Lidka pokazała się w kostiumie kąpielowym. Poza tym same różnice. Kolosalne. Konkurs Miss Polonia (pierwszy po 25 latach przerwy) w komunistycznej Polsce był przepustką do swiata niesocjalistycznego luksusu. "Wyprawa Robinson" to przeciwieństwo konkursu, ucieczka od cywilizacji w sam srodek dzikiej dżungli. W pierwszej imprezie chodziło o pokazanie pięknego ciała, w drugiej o "pokazanie" duszy- prowokowano uczestników do działań na poziomie najbardziej pierwotnych instynktów. W obu 42-letnia dzis Lidia Wasiak wygrała z własnymi słabosciami.

Zostać Miss
Sala Kongresowa w Warszawie. Na scenę wjeżdża fiat 126p, główna nagroda dla najpiękniejszej Polki. Pewnie mógłby to być fiat 125p, może nawet polonez, ale przecież nikt nie będzie grymasił. Nie w 1983 roku, nie w kraju, gdzie niedawno po ulicach jedziły czołgi. Socjalistyczny rząd funduje w telewizji atrakcje w stylu "etykieta zastępcza": pierwsze od 25 lat wybory Miss. Na estradzie ładne dziewczyny, w przerwach gra Lady Pank. Publicznosć szaleje, choć impreza jest tak prowincjonalna, że zasługuje na notę "mniej niż zero". Kulminacyjny moment: werdykt i koronacja. Na tronie zasiada blond szczecinianka o słowiańskiej urodzie Lidia Wasiak. Cała Polska przed telewizorami zaczyna jej zazdroscić: "Ona to ma szczęscie!".

Wyprawa Robinson
Malezja. Dżungla pełna jadowitych węży i skorpionów. Temperatura powietrza 45 stopni, wilgotnosć 95 procent. W takich warunkach rozgrywa się walka o tytuł Robinsona i 100 tysięcy złotych. Konkurencje są niebezpieczne, czasem niedorzeczne, a kiedy uczestnicy mają zjesć larwy robaków- zwyczajnie wstrętne. Długie włosy muszą być związane, inaczej grzeją jak wełniana czapa. Rany i zadrapania na ciele przysypuje się piachem, jedynym dostępnym srodkiem dezynfekującym. W poczochranej i pokancerowanej dziewczynie długo nikt nie rozpoznaje dawnej Miss. Nigdy nie była tak chuda jak teraz: 175 cm wzrostu, 53 kilogramy. Nocą na plaży Mensirip Lidka opowiada o chwili nadziei, gdy została najpiękniejszą Polką, i kolejnych 20 latach rozczarowań. Mówi z dystansem, bez emocji. Własnie spokój i rozsądek to jej wielkie atuty w malezyjskim starciu, które czasem jest sprawdzianem sprawnosci fizycznej, ale częsciej- wojną nerwów.

Wywiad z Lidią Lewandowską-Wasiak
-W warunkach, które silnych facetów doprowadzały do histerii, ty popisałas się siłą spokoju.
-Zahartowałam się przy okazji konkursu Miss Polonia. To była moja szkoła przetrwania, uzbroiłam się wtedy w ochronny pancerz. Dużo widziałam, teraz potrafię przewidywać i niełatwo mnie złamać. Tuż przed początkiem "Wyprawy Robinson" jeden z przyjaciół zadzwonił do mnie i powiedział: "Dasz radę, jestes twarda".

-Co to znaczy: "twardy człowiek"?
-Taki, który potrafi dostosować się do sytuacji i zasad, jakie mu się narzuca, chociaż są trudne do zaakceptowania i zniesienia. Mimo to przyjmuje je i wytrzymuje. Do końca.

-Dwa razy wzięłas udział w zawodach, w których większosć ludzi woli być kibicem. Czy to potrzeba pokonania siebie, czy głód adrenaliny?
-Wszystko, co wydarzyło się w 1983 roku, niby było z moim udziałem, a jednak jakby poza mną. Do udziału w konkursie namówiła mnie koleżanka, która też startowała i bardzo chciała wygrać. Stało się inaczej, zwyciężyłam ja. To było wielkie zaskoczenie i wszystko potem składało się z zaskoczeń, a w zasadzie z rozczarowań. Do "Wyprawy Robinson" byłam psychicznie przygotowana i mądrzejsza o wczesniejsze doswiadczenia. W pełni swiadomie chciałam wziąć w tym udział, bo pasjonują mnie podróże, ale mnie na nie nie stać. To dwie różne historie. I całkiem różne motywacje.

-Chciałas pokazać się publicznosci z innej, "wewnętrznej" strony?
-Po Miss Polonia ważne było tylko to, jak wyglądam. Na tej podstawie mnie oceniano i oczekiwano, że będę wyjątkowa. W "Robinsonie" miałam ten komfort, że wszyscy prezentowalismy się jednakowo brudno, chudo, nędznie. Liczyło się cos innego.

-Czego nowego dowiedziałas się o sobie po tym programie?
-Że jestem odważna, że umiem być dyplomatą, łagodzić konflikty. Przekonałam się też, że życie potrafi być przewrotne, groteskowe i skończyć się absurdalnie. Na przykład w dżungli pełnej jadowitych węży można zginąć od kokosa, który spadnie na głowę.

-Co w sobie pokonałas dzięki udziałowi w "Wyprawie Robinson"?
-Strach przed skokiem do wody i lęk przed samotnoscią w ciemnosci. Nocą w szałasie było duszno i łaziły robale, wolałam więc spać sama na plaży. Taka wyprawa to ciągłe wybory mniejszego zła.

-A czy cos zaczęło cię przerastać?
-Tak. Popłakałam się z głodu. Na początku programu powiedziano nam, że wody do picia i ryżu nigdy nie zabraknie. Ale nie wiedzielismy, że trzeba ten ryż porcjować. Gdy nagle się skończył, nie mielismy nic do jedzenia. Innym razem jeden z realizatorów zapowiedział, że będziemy skakali z 10-metrowej skały. Wdrapałam się na nią, spojrzałam w dół i wtedy ktos obok mnie powiedział: "Wezmę rozbieg, krzyknę: Mamo, to dla ciebie, i skoczę". A ja pomyslałam o córce: "Karolina, to dla ciebie nie skoczę". Nie potrafię pójsć na żywioł, byle tylko osiągnąć cel. Najpierw myslę, potem robię.

-Więcej w tobie rozsądku niż fantazji?
-Głowa w chmurach, ale nogi mocno stąpają po ziemi. Mam dużo do stracenia. Co innego, gdy się jest samotnym, bez rodziny. Moja matka straciła dziecko, brat zginął w wypadku na motorze. Widziałam jej cierpienie. Zawsze o tym pamiętam. "Robinson" utwierdził mnie w przekonaniu, że pewnych rzeczy nie wolno robić, za żadną cenę.

-Czego po "Robinsonie" nauczyłas się o ludziach?
-Makabra. W ekstremalnych warunkach najbardziej sprawdzają się słowa: "Wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono". O innych wiemy jeszcze mniej.

-Żeby tam wytrzymać, musiałas cos sobie wmawiać, powtarzać jak mantrę?
-Moje emocje przypominały sinusoidę. Na złe momenty wymysliłam sobie taki zakład z samą sobą: jesli przebrnę przez wyprawę, to moje stare grzechy zostaną anulowane. I będę mogła zacząć wszystko od nowa. Taka wyprawa działa oczyszczająco, dużo przewartosciowuje w człowieku i sposobie, w jaki patrzy na innych. Kiedy przychodziła faza dobrego nastroju, siadałam na plaży i najadałam się widokiem morza do syta. Chciałam sobie odbić za te wszystkie lata w roli Miss. Bo niby wyjeżdżałam wtedy do Londynu, do Wiednia, poznałam wielu sławnych ludzi, ale to działo się za szybko i w wielkim stresie. Czułam się jak uboga krewna z prowincji w brzydkich ubraniach, nadrabiałam miną. Miałam wrażenie, że działo się wiele, ale jak w filmie, czyli obok mnie. Obiecałam sobie, że w "Robinsonie" będę w stu procentach obecna, w tym filmie zagram, nie będę tylko widzem.

-Czy tytuł rozbudził w tobie apetyt na lepsze życie?
-Nawet nie zdążył. Odczytano werdykt, dostałam koronę i kieliszek szampana, który zaraz ktos mi wyrwał z ręki. Żeby potem na zdjęciach nie pokazano, że Miss pije alkohol. Symboliczna scena: cos dano, cos zabrano.

-Co dano?
-Najważniejsze były dowody sympatii od zwykłych ludzi. O wyjazdach szkoda mówić: żenada i partyzantka. Samochód pewnie mógł być lepszy, ale i tak jako jedyna pod Studium Medyczne przyjeżdżałam własnym autem. Po konkursie pracowałam jako modelka. Wzięłam udział w kilku reklamach, jedna poszła do Chin, druga do Skandynawii. Reklamowałam ciężarówki jelcz i najnowszy model poloneza. Podpisałam też kilka kontraktów z firmami kosmetycznymi i w ten sposób zarobiłam na kawalerkę w Szczecinie. A wtedy samochód i mieszkanie oznaczały, że jestem ustawiona. Ten konkurs dał mi cos jeszcze: zahartował mnie, nauczyłam się bronić przed złosliwoscią i zawiscią. A tak niedawno byłam dzieckiem, które w szkole wstydziło się pójsć po kredę do sekretariatu.

-Co wraz z tytułem Miss Polonia ci odebrano?
-Spokój i prawo do bycia sobą. Wyjęto mi rok z życia. Frajda ze zwycięstwa, gratulacje, flesze, fanfary trwały dosłownie chwilę. A już następnego dnia wciągnęli mnie do roboty. Zaczęli traktować jak rzecz, przepychali, popychali. Byłam króliczkiem doswiadczalnym. Do Londynu na Miss World pojechało 13 osób z ekipy i na to były pieniądze, ale na porządną sukienkę na występ dla Miss Polonii już nie starczyło. W Wiedniu na Miss Europe okradziono mój pokój w hotelu Hilton. Dziewczyny z innych krajów pożyczały mi buty i kosmetyki, bo polscy organizatorzy okazali się kompletnie bezradni.

-Gdy zostałas Miss, opuscił cię narzeczony.
-To ja od niego odeszłam. Dlatego, że nie wytrzymywał cisnienia związanego z nową sytuacją. Z tym, że nagle stałam się własnoscią publiczną.

-Marzyłas, żeby ten rok szybko się skończył?
-Tak. A gdy się wreszcie skończył, od razu obcięłam i przefarbowałam włosy. Chciałam się od tego wszystkiego odciąć. I ukryć.

-Wygrałas w konkursie zorganizowanym po 25 latach przerwy, zapłaciłas więc frycowe za nuworyszostwo i amatorszczyznę Polski Ludowej. Nie miałas żalu, że nie wycisnęłas z tego więcej? Jak póniej Katarzyna Zawidzka, Bogna Sworowska, Aneta Kręglicka?
-Nie, bo szybko się zraziłam do wyciskania więcej z tytułu i z wyglądu.

-Zdarzały się "niemoralne propozycje"?
-Tak, ale wychowano mnie inaczej niż dziewczyny dzisiaj. Nie chciałam, żeby rodzice się za mnie wstydzili. I tak po Miss Polonii przypisywano im szklarnie i inne symbole bogactwa, tymczasem tata, wojskowy, i mama, sekretarka, żyli skromnie. Tata sprzedał poloneza, żeby dołożyć do mojej kawalerki. Nigdy nie trzymały się nas wielkie pieniądze. I nigdy nie były najważniejsze.

-Myslisz, że po "Robinsonie" mogą się posypać jakies propozycje, np. kontrakty reklamowe?
-Może przynajmniej w Szczecinie cos drgnie, skończę z pracą w solarium, znajdę cos bardziej ekscytującego.

-Czy chciałabys cos w swoim życiu zmienić?
-Od przyszłego roku mocno się przyłożę do znalezienia pracy. Marzę, by założyć porządny gabinet odnowy biologicznej, ale brakuje mi na to pieniędzy. Może uda się wspólnie z koleżanką, a może ktos mi zaufa i powierzy poprowadzenie takiego salonu?

-A w życiu osobistym?
-Nie mam partnera, jestem sama. Tak wyszło. Ale chciałabym jeszcze wyjsć za mąż.

-Czy Miss Polonii, najpiękniejszej kobiecie w kraju, łatwo znaleć mężczyznę?
-Bardzo trudno. Nie wiesz, czy mężczyzna interesuje się tobą naprawdę, czy tylko dlatego, że jestes znaną osobą. Poza tym jestem w takim wieku, gdy znalezienie partnera robi się prawie niemożliwe. Dla babki po czterdziestce mężczyzna jest jak telefon komórkowy: albo zajęty, albo poza zasięgiem.

-Dlaczego jestes sama?
-Byłam w trzech poważnych związkach. Z przykroscią muszę stwierdzić, że wszystkie trzy rozbiłam ja. Zawsze według tego samego schematu: na początku jest swietnie, ale nie wytrzymuję momentu, kiedy zaczyna się zwyczajne życie. Ciężko mnie udomowić. Płakałam więc i odchodziłam.

-Potrzebujesz w życiu adrenaliny.
-Potrzebuję wyzwań, nie lubię stagnacji. Mój partner powinien stawiać przede mną ciągle nowe przeszkody, żebym mogła je pokonywać. Chciałabym mieć mężczyznę, który dotrzymuje mi kroku. Tymczasem ja fruwam wysoko, tak jak na samym początku związku, patrzę, a on już osiadł w kapciach i fotelu.

-Masz już pomysł na następną przygodę?
-Jak będę miała 63 lata, czyli za kolejne 21, pokażę, że szesćdziesiątki też jeszcze wiele potrafią.

-Słucham uważnie.
-Na pewno cos wymyslę.

-Żeby uciec od codziennosci?
-Żeby cos się działo. Choć raz na jakis czas.

-Miałas mocne wrażenia wyrastające jak Himalaje ponad codzienną monotonię. Uważasz, że w życiu ważne są tylko chwile?
-I dni, których jeszcze nie znamy, jak spiewał Grechuta. Mam takie wrażenie, że cos wspaniałego jest ciągle przede mną.

[Rozmawiała Anna Bimer, Gala / Foto: P. Pyrz]

Showmag

Kolejny rekord "Wyprawy Robinson"!
Poniedziałek, 13 grudnia 2004, godzina 10:03

W ubiegłym tygodniu "Wyprawa Robinson" pobiła kolejny rekord oglądalnosci! Z danych AGB Polska wynika, że odcinek wyemitowany we wtorek, 7 grudnia, obejrzało w sumie 3,6 mln widzów, a cały program z tygodnia na tydzień gromadził przed telewizorami coraz większą publikę. "Wyprawa Robinson" dobiega końca, a finał będzie można zobaczyć już dzis o 21:30 w TVN.

[showmag.info]

Showmag

Finał "Robinsona": sukces TVN
Wtorek, 14 grudnia 2004, godzina 11:38

Wczoraj stacja TVN wyemitowała ostatni, finałowy odcinek "Wyprawy Robinson". Zwyciężczynią i zdobywczynią 100 tysięcy złotych została 22-letnia Katarzyna Drzyżdżyk. Finał widowiska przyciągnął przed ekrany rekordową liczbę widzów. Według danych AGB Polska, program obejrzało w sumie 4,09 mln widzów, a show zajął dziewiąte miejsce wsród najchętniej oglądanych programów dnia wczorajszego.

[showmag.info]

Showmag

Kasia Drzyżdżyk Robinsonem 2004!
Wtorek, 14 grudnia 2004, godzina 11:40

Cztery miesiące temu Kasia i Patrycja jako ostatnie opuszczały malezyjską wyspę Mensirip, gdzie walczyły o zwycięstwo. I aż do ostatniej soboty nie wiedziały, która z nich wygrała program. Finał reality show miał miejsce na zamku w Książu. To tam zebrali się wszyscy uczestnicy i tam oficjalnie ogłoszono imię Robinsona 2004 roku. Finałowy odcinek widzowie mogli zobaczyć wczoraj o 21:30 w stacji TVN. Zwyciężczynią pierwszej polskiej edycji programu "Wyprawa Robinson" została 22-letnia fotomodelka Kasia Drzyżdżyk. Przed wyjazdem do Malezji była delikatną, kruchą dziewczyną. Z podróży wróciła odmieniona- silna i dojrzała. "Dzięki programowi przekonałam się, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych, że jestem twardą, pewną siebie kobietą. Aby to dostrzec, musiałam pojechać na koniec swiata"- powiedziała Kasia, która przed wylotem do Malezji była przyzwyczajona do całkiem innego życia. "Nie wyobrażałam sobie, że można przez dwa miesiące chodzić w jednych majtkach! Teraz wiem, że można sobie wszystkiego odmówić i dać sobie radę"- mówi. O wygranej bliscy Kasi dowiedzieli się tak jak widzowie, dopiero wczoraj wieczorem. Choć jest gadułą, ten fakt postanowiła utrzymać w tajemnicy. "Chciałam, żeby sami stwierdzili, czy zasłużyłam na nagrodę"- tłumaczy. Mało brakowało, a Kasia zrezygnowałaby z udziału w programie. Bardzo tęskniła za rodziną, martwiła się o mamę. "Miesiąc przed wylotem do Malezji zmarł mój tata. Mama załamała się i wylądowała w szpitalu, a ja musiałam jeszcze mysleć o sesji na studiach. To był najcięższy okres w moim życiu- biegałam między szkołą, domem, cmentarzem i szpitalem"- mówi Kasia. Mimo to wytrwała w programie, bo stwierdziła, że skoro przeszła już tyle, nie warto rezygnować. Opłacało się- dzięki wyprawie do Malezji wygrała 100 tysięcy złotych. "Nie wydam tych pieniędzy na ciuszki ani samochód, tylko przeznaczę je na naukę"- mówi Kasia. Dzis z przyjemnoscią wspomina, jak uczyła się wędkować, patroszyć ryby i jak po jednej z konkurencji brała kąpiel w płatkach róż i mleku. Ale były i momenty mniej przyjemne. W czasie jednej z rywalizacji wiadro z żelaznym dnem bardzo mocno uderzyło Kasię w palec, który dotąd się nie zagoił. Po powrocie do Polski Kasia wróciła do poprzedniego życia. Od półtora roku, kiedy to po szesciu latach rozstała się z chłopakiem, jest sama. Obecnie pracuje jako fotomodelka, kończy studia na rehabilitacji. "Nie wiem, czy własnie to chcę robić w przyszłosci, więc od przyszłego roku wybiorę się na inny kierunek, może językowy?"- zastanawia się. "Bycie fotomodelką to hobby, nie wiążę z tym przyszłosci. Nauka jest dla mnie najważniejsza"- dodaje. Kasia nadal utrzymuje kontakty z kilkoma uczestnikami "Wyprawy Robinson"- Agatą, Jarkiem i Agnieszką, a z Witem wspólnie wybiera się na Sylwestra.

[Bogumiła Szymanowicz, Super Express / Foto: Jacek Kłoskowski]

Showmag

Patrycja i Irek ukrywali swoją miłosć!
Czwartek, 16 grudnia 2004, godzina 15:25

25-letnia Patrycja Bokiej dotarła do finału TVN-owskiej "Wyprawy Robinson", wycinając po drodze- razem ze zwyciężczynią Kasią Drzyżdżyk, kilkunastu konkurentów. W finale przegrała. Twierdzi, że dlatego, iż wyszedł na jaw jej kilkuletni związek z 38-letnim Irkiem Bieleninikiem gwiazdą TVN. "Wiedziałam, że nie wygram z Kasią. Dano mi to do zrozumienia. Własnie z powodu Irka. Jakby to wyglądało, gdyby zwyciężczynią okazała się dziewczyna gwiazdy TVN-u! Ale zapewniam, że Irek nie maczał palców w moim udziale w programie"- mówi Patrycja. "Moja rola sprowadziła się do tego, że namówiłem Patrycję, by w programie uczestniczyła"- tłumaczy Irek Bieleninik. Irek był z Patrycją kilka lat. Mieszkali w bloku w Częstochowie. Na oficjalnej stronie internetowej "Wyprawy Robinson" można przeczytać, że Patrycja posiada dwa domy: jeden rodzinny, gdzie zawsze czekają rodzice, a drugi bardzo wesoły, gdzie mieszka ze swoim chłopakiem. Od początku uczestnictwa w programie, Patrycja utrzymywała związek w tajemnicy. "Uznalismy, że jesli to ogłosimy, wszyscy będą podejrzewać, że cos Patrycji załatwiłem. W tym kraju każdy sądzi, że bez układów nic się nie da osiągnąć. Gdy w końcu powiedziałem o tym znajomym, zapewnili, że mi wierzą, ale widziałem po ich minach, że jest odwrotnie"- mówi Bieleninik. "Gdybym się wygadała, moi konkurenci zaraz by to wykorzystali. A ja chciałam udowodnić, że wszystko zawdzięczam sobie. Prawda wyszła na jaw w połowie programu. Od tego momentu byłam skazana na przegraną"- dodaje Patrycja. Podobno w TVN prawda o związku Irka z Patrycją wprawiła kierownictwo stacji w konsternację. Było jednak za póno, aby wycofać dziewczynę z gry. Postanowiono zatem dotrwać do końca, utrzymując całą sprawę w tajemnicy. "Cos do mnie dotarło wczoraj"- oswiadczył rzecznik TVN Andrzej Sołtysik na pytanie, jak jego stacja zamierza skomentować ewidentną wpadkę. "Zaraz oddzwonię"- powiedział. Niestety, nie oddzwonił. Patrycja uważa, że mimo wszystko nie żałuje uczestnictwa w programie. "Poznałam własne możliwosci. To korzysć z tej zabawy"- mówi. Przegrana bohaterka "Wyprawy Robinson" wróciła już do rodzinnego Koszalina. Podobno Irek i Patrycja rozstali się miesiąc temu. "Z powodu różnicy charakterów"- mówi Bieleninik.

[Krzysztof Oremus, Super Express / Foto: Kacper Kamiński, Piotr Liszkiewicz, Sebastian Wolny]

Showmag

Swięta Kasi Drzyżdżyk i Moniki Brodki
Piątek, 24 grudnia 2004, godzina 09:19

Kasia Drzyżdżyk i Monika Brodka- rozsławiające Żywiecczyznę młode i piękne damy, zwyciężczynie telewizyjnych programów ("Wyprawa Robinson" i "Idol 3") spędzą swięta w gronie najbliższych, informuje "Dziennik Zachodni". Kasia Drzyżdżyk, swieżo upieczona laureatka programu "Wyprawa Robinson", fotomodelka i studentka mówi, że chce się w końcu... wyspać. "Muszę dopiąć niektóre zawodowe sprawy, mam kilka spotkań dziennie, dzwonią telefony, komórka. Wspomnienia z wyspy wciąż żywe, bo ludzie wciąż mnie o to pytają"- łumaczy dziewczyna. Dla niej, brata i mamy będą to inne swięta, smutniejsze. Kilka miesięcy temu, przed wyjazdem na bezludną wyspę do Malezji, pożegnała na zawsze swojego ojca. "Jemu też przystroimy i zaniesiemy na cmentarz malutką choinkę"- mówi Kasia. Monika Brodka wciąż mieszka w Warszawie. Przyjedzie do domu w Twardorzeczce prawdopodobnie tuż przed Wigilią. "Będzie na pewno karp, może trochę łososia. Monika uwielbia też kompot z cytrusów, który podajemy w wazie, w formie ponczu"- mówi mama Krystyna Brodka. Kupiła już kilka prezentów dla córki. Najlepszym prezentem, o którym Monika już wie, są dwa małe szczeniaczki, czarny i biały. Niedawno oszczeniła się ulubiona suczka Moniki, Kora. "Ona chce sobie wziąć jednego do Warszawy, nawet nie zdaje sobie sprawy jaki to obowiązek"- dodaje mama Moniki.

[Muzyka.onet.pl / PAP]

Showmag

Oglądalnosć "Wyprawy Robinson"
Poniedziałek, 27 grudnia 2004, godzina 01:54

13 grudnia w TVN dobiegła końca emisja pierwszej edycji reality show "Wyprawa Robinson". Program emitowany był od 7 wrzesnia i jak wynika z danych AGB Polska, widowisko początkowo nie cieszyło się dużą popularnoscią, ale oglądalnosć rosła z tygodnia na tydzień. Każdy odcinek (prolog i 27 epizodów) przyciągnął przed ekrany srednio 2,44 mln widzów, a udział w rynku wyniósł 18,16%. Najwięcej widzów sledziło odcinek finałowy- 4,09 mln widzów, a najmniej- prolog, który zgromadził 1,5 mln widzów. "Wyprawa Robinson" odnotowała dobre wyniki w grupie '16-49'. W tym wypadku każdy odcinek oglądało srednio 1,4 mln widzów, a udział w rynku wyniósł 20,48%. W grupie '16-49 miasta' udział w rynku wyniósł 22,56%, natomiast w grupie '16-49 kobiety'- 22,99%. Według oficjalnych cenników, wpływy z reklam i billboardów sponsorskich przy programie "Wyprawa Robinson" wyniosły ponad 27,6 mln złotych.

[showmag.info]

Showmag

Kasia szuka miłosci
Sroda, 29 grudnia 2004, godzina 00:15

22-letnia Katarzyna Drzyżdżyk po rozstaniu z narzeczonym, ma obecnie dylemat- gdzie i z kim spędzić sylwestra. "Jestem sama. To prawda. Rozstałam się z chłopakiem po 6 latach. Tak bywa. On jest w porządku, ale poróżniła nas jedna ważna kwestia"- mówi Kasia. Jaka? Dziewczyna nie chce na ten temat mówić. Ale nie ukrywa, że bardzo brakuje jej miłosci. Na szczęscie ma wielu przyjaciół. Kasia swięta spędziła z rodziną w Żywcu. Nie był to jednak dla niej czas radosci. Zbyt swieży jest ból po smierci ojca. "Tata mówił na mnie Siaska. Był taki kochany. Nie mogę pogodzić się z jego odejsciem. To były najsmutniejsze swięta w moim życiu, tak bardzo inne od poprzednich"- tłumaczy. "Trzeba się godzić z losem. Dlatego dla mnie najważniejsze jest teraz pomyslne zakończenie nauki. Studiuję fizykoterapię"- mówi Kasia. Jakie ma plany sylwestrowe? "Mam zaproszenie na imprezę do Warszawy. Ale jeszcze nie podjęłam decyzji. Być może spędzę tę szczególną noc w gronie najbliższych przyjaciół z mojego rodzinnego miasta. A może po prostu zostanę w domu, z rodziną"- zastanawia się Kasia. Tymczasem dzisiaj, w Żywcu, Kasia spotka się ze swoimi fanami. Zostanie też oficjalnie przywitana przez władze miasta jako zwyciężczyni popularnego programu. "Pani Katarzyna promuje Żywiec. Należy się jej za to nasze uznanie"- mówi burmistrz miasta, Antoni Szlagor. "A jak nie ma z kim pójsć na sylwestra, to już my jej znajdziemy towarzystwo"- dodaje. "Absolutnie nie narzekam na brak zainteresowania"- smieje się Kasia. I kokietuje: "Tylko kto by mnie teraz chciał, skoro po wyprawie przytyłam".

[Krzysztof Oremus, Super Express / Foto: W&G]

Showmag

Kasia przekazała medal na aukcję
Czwartek, 30 grudnia 2004, godzina 16:04

Nawet księżnej Marii Krystyny Habsburg nie witano tak w Żywcu jak Kasi Drzyżdżyk. Wczoraj zorganizowano powitalne swięto na jej czesć, chociaż Kasia jest już w Żywcu od kilku tygodni, a z malezyjskiej bezludnej wyspy wróciła niemal 5 miesięcy temu. Bohaterka imprezy przyznała, że pomysł zorganizowania powitania należy do TVN. Burmistrz Antoni Szlagor spytany o to samo, odpowiedział: "Jak to kto? My, Żywiec! Przy współpracy z TVN". Pomijając kwestię autora pomysłu na powitanie Kasi, warto było się przyjrzeć całej uroczystosci. Wielbiciele Kasi zaczęli sciągać do Miejskiego Centrum Kultury godzinę przed planowanym spotkaniem. "Od początku byłam pewna, że Kasia wygra. Żaden z uczestników nawet się z nią nie równał. Teraz jest najpopularniejszą osobą w naszym miescie"- mówi Dagmara Kowalczyk. Od kilku tygodni do magistratu przychodzą maile od zachwyconych fanów z całej Polski. "Niektórzy pisali nawet: panie burmistrzu, dajemy 100 zł za numer telefonu do niej"- smieje się Antoni Szlagor, burmistrz Żywca. Jego rzecznik Tomasz Tarteka dodaje: "Pomyslelismy, że może przysłużyć się promocji miasta". Kasia weszła na salę widowiskową Miejskiego Centrum Kultury, wypełnionego po brzegi jej fanami i fankami (plakaty z informacjami o uroczystosci zalały miasto) i stanęła w półcieniu. Obok niej od razu pojawiły się żywieckie "persony". Wydawało się, że to nie Kasia była wczoraj najważniejsza, a raczej notable. Brylowali wsród kamer i obiektywów aparatów fotoreporterskich, witali, gratulowali, całowali i wręczali kwiatki. Do mikrofonu podchodzili kolejno. Burmistrz Szlagor odczytał list gratulacyjny i wręczył Kasi dużego pluszowego lwa. Starosta powiatu Andrzej Zieliński podarował dziewczynie- jak się wyraził- atrybuty potrzebne do wyprawy na bezludną wyspę: kapelusz góralski i ciupagę. Przyznał też z dumą, że jego rodzinne żywieckie osiedle, to własnie to, na którym mieszka Kasia. Poseł Edward Płonka pozował do zdjęć z zadowoloną miną, a w czasie swojego przemówienia zaznaczył, że od dziecka marzył o tym... żeby promować Żywiecczyznę. Specjalne podziękowania przywieli również przedstawiciele PTTK- o dziwo- z Kęt. Z powitania zrobiła się, mówiąc delikatnie, farsa. Górale zaspiewali "Sto lat", a niesopusnicy symbolizujący rok 2005 strzelali z bata. Strzelił też szampan. Kasia, gdy w końcu zabrała głos, dziękowała wszystkim za ciepłą uroczystosć. Przyznała, że nie potrafi przemawiać. Powiedziała tylko, że medal Robinsona, który dostała za zwycięstwo, wystawi na aukcji jak Otylia Jędrzejczak. Dochód z jego licytacji chce przekazać potrzebującym. Jedyne normalne słowa, które padły na powitaniu Kasi w Żywcu, popłynęły własnie z jej ust. Potem zwyciężczynię "Wyprawy Robinson" oddano w ręce mieszkańców Żywca, którzy domagali się autografów.

[Nasze Miasto]

Showmag

Rozmowa z Kasią Drzyżdżyk
Niedziela, 2 stycznia 2005, godzina 02:04

Wydawało się, że w tym spektaklu odegra rolę dekoracyjną. Nikt nie widział w niej poważnej kandydatki do zwycięstwa w reality show TVN "Wyprawa Robinson". Tymczasem Kasia Drzyżdżyk, 22-letnia fotomodelka z Żywca, zaskoczyła wszystkich: konkurentów, kibiców, a nawet samą siebie. I wygrała 100 tysięcy złotych.

Samo południe, prawie 50 stopni w słońcu. Czas na kolejną konkurencję w "Wyprawie Robinson". Oparci plecami o deski uczestnicy mają jak najdłużej wytrzymać w pozycji typu alpejski narciarz: nogi zgięte w kolanach, plecy wyprostowane i, w ramach dodatkowych atrakcji, pięty oderwane od ziemi. Pięcioro finalistów walczy z bólem, z napięciem mięsni w udach i skurczem łydek. Z każdą minutą jest coraz trudniej wytrzymać, w końcu jeden po drugim osuwają się na ziemię. Tylko ona leciutko "idzie" po swoje. Kasia ustanawia rekord wyspy. Wytrzymuje dokładnie 26 minut, dwa razy dłużej niż konkurenci. Takiego wyniku nie było jeszcze w żadnej z edycji "Robinsona" na swiecie. Szwedzkim kamerzystom opadają szczęki, konkurentom Kasi otwierają się oczy. "Własnie w tym momencie zobaczylismy w niej przeciwnika"- mówi Lidka Wasiak. Sliczna, z pozoru niegrona Kasia nagle okazała się demonem sportu. Nie wiedzielismy, że trenowała triathlon i jest tak silna. I fizycznie, i psychicznie, skoro tak nas rozpracowała. Przez dwie trzecie wyprawy ukrywała, do czego naprawdę jest zdolna. Pełne zaskoczenie. W Żywcu też wszyscy są zdumieni. "Nie mieszkam w rodzinnym miescie od pięciu lat, ale Kasię pamiętam. Sliczna dziewczyna, której zazdrosciło się urody i modnych ciuchów"- mówi Sylwia Zardoni, dzis fryzjerka gwiazd. "Do głowy by mi nie przyszło, że taka dziewczyna na własne życzenie wyląduje na bezludnej wyspie. A tym bardziej, że tak długo tam wytrzyma i wygra"- dodaje. Zaskoczeni są nawet ci, którzy przeszli podobną szkołę przetrwania w bardziej cywilizowanych warunkach. Zwyciężczyni "Idola"- Monika Brodka też pochodzi z Żywca i Kasię zna z widzenia. "Jej brat był barmanem w pubie Retro. Tam się spotykałysmy"- opowiada Monika. "Te kontakty ograniczały się do wymiany: czesć, czesć. Prawdę mówiąc, Kasia miała opinię ładniutkiej fotomodelki i nikt nie zastanawiał się, czy poza urodą ma jeszcze cos do powiedzenia. Dopiero w programie pokazała, na co ją stać, że ma charakter. Bardzo jej kibicowałam"- mówi Monika. "Już nikt nie będzie oceniał mnie po wyglądzie"- mówi Kasia "Drzyżdżyk, która wczesniej w konkursie Miss Podbeskidzia zgarnęła kilka tytułów tylko za to, że jest piękna.

-Jakie to uczucie obudzić się rano bogatszą o sto tysięcy?
-Chociaż widziałam te pieniądze, ciągle nie dociera do mnie, że je mam. Że to moje pieniądze i jest ich tyle, że nie zmiesciłyby się w walizce. Na razie czuję się bogatsza o doswiadczenia, wrażenia, o to, co przeżyłam. Myslę, że po tym, co przeszłam, jestem dojrzalsza, bardziej opanowana i teraz poradzę sobie już w każdej sytuacji. Nie dzięki pieniądzom, tylko dzięki sile charakteru i temu, co potrafię. Wytrzymałam do końca programu, nie poddałam się w żadnej konkurencji, przeżyłam zabójczy upał i monsunową ulewę.

-Nikt cię nie podejrzewał o taką wytrwałosć i taki charakter.
-Tak, tak, modelka na bezludnej wyspie. Od razu wiadomo, czego się spodziewać: będzie ładnie, ale niekoniecznie ciekawie. A tu proszę bardzo. Okazało się, że do wygrania w maratonie kucania przydała się wprawa w chodzeniu na wysokich obcasach.

-To ci pomogło. Ale ile w ogóle kosztowało cię to zwycięstwo?
-Do tej pory nie odrósł mi paznokieć u nogi. Podczas jednej z konkurencji na moją stopę spadło ciężkie wiadro z potężnymi metalowymi okuciami. Paznokieć pękł, lekarz musiał mi go zerwać. To był moment, kiedy się załamałam i chciałam nawet wracać do domu. Nie dlatego, że bolało. Bałam się, że z niesprawną nogą dalej już nie mam żadnych szans. Na szczęscie przy pozostałych konkurencjach moja kontuzja nie miała znaczenia. Nawet gdy testowano naszą wytrwałosć w staniu na palach.

-Na razie mówisz tylko o wysiłku fizycznym. Psychiczny też odczułas?
-Wyjechałam do Malezji w najtrudniejszym momencie swojego życia. Dwa miesiące wczesniej, w Wielki Piątek, zmarł nagle mój tata. Na cos takiego chyba nikt nie potrafi się przygotować. Dwie godziny wczesniej rozmawiałam z nim przez telefon. Smialismy się, wszystko było tak jak zawsze. Tata pracował w Warszawie, dzwoniłam do niego prawie codziennie, żeby przynajmniej posłuchać jego głosu. Był daleko, ale był. I nagle dwie godziny po naszej codziennej rozmowie okazało się, że taty już nie ma.

-Kiedy w takim momencie można wyjechać na drugi koniec swiata, to brzmi to jak wybawienie? Jak szansa na to, że przynajmniej na chwilę można będzie o wszystkim zapomnieć?
-Wszyscy mnie namawiali na ten wyjazd. Powtarzali: "Tak będzie dla ciebie najlepiej. Jed, oderwiesz się, odpoczniesz, zapomnisz". Ale to nie jest takie proste. Po pierwsze, wcale nie było mi łatwo zostawić bliskich kilka dni po pogrzebie. Mam brata, wiedziałam, że on zaopiekuje się mamą, ale czułam, że mimo wszystko nie powinnam jechać. W Malezji rzeczywiscie miałam dużo czasu na myslenie. Zdecydowanie za dużo... Dopiero tam dopadł mnie ból i tęsknota.

-Może wygrałas tę wyprawę, bo prawdziwą walkę prowadziłas z samą sobą. Takie przeżycie może człowieka zniszczyć, ale też czasami potrafi uodpornić na ból.
-Bez wątpienia. Jeżeli dopiero co straciło się tatę, to zmęczenie, brud i głód nie wydają się już żadną tragedią. Miałam za sobą przeżycie, po którym gorzej już być nie może.

-Tata kibicował twoim eliminacjom do Wyprawy. Co mówił?
-Kibicował? Skąd! Był przerażony, "Siaska- tylko nie to! Możesz jechać na koniec swiata na sesję, na casting, ale do dżungli? Absolutnie nie!"- mówił do mnie. Uważał, że to nie dla mnie, że się do tego nie nadaję. Przecież jestem taką estetką, uwielbiam zapachy, kosmetyki, ciuchy. I to akurat po "Robinsonie" wcale się nie zmieniło.

-Widzę, że masz nowe tipsy.
-Zaraz po zakończeniu programu rzuciłam się na kosmetyki. Odżywkę do włosów trzymałam na głowie przez całą drogę z Kuala Lumpur do domu. Dzień po powrocie do Żywca pobiegłam do fryzjera i do kosmetyczki, zabrałam się za odbudowę urody. Ale najpierw musiałam zrobić cos dla mnie najważniejszego. Pojechałam na grób taty.

-Podziękować za opiekę?
-Wszyscy mówią, że bez taty bym nie wygrała, że w zasadzie to on wygrał "Robinsona". To pewnie dziwnie zabrzmi, ale wierzę, że to prawda. Miałam ogromny żal do Boga za to, jak nas doswiadczył. Za to, że taty już nigdy nie będzie. Nie przyjdzie na mój slub, nie pozna moich dzieci. Tata odszedł w Wielki Piątek, a wtedy niebo jest otwarte dla wszystkich. W takim dniu odchodzą tylko dobrzy ludzie. Tak powiedział ksiądz w kazaniu podczas pogrzebu. W to wierzę najbardziej i to dodaje mi sił.

-Co zrobisz z wygraną?
-Będę się dalej uczyć, studiować, tak chciałby tato. Pewnie wybiorę jakąs filologię. O pieniądze nie muszę się chwilowo martwić, ale one nie rozwiążą mi wszystkich problemów. Chcę poważnie pomysleć o przyszłosci, o tym, co będę dalej robić.

-Wczesnie zaczęłas szukać swojego pomysłu na życie: konkurs pięknosci, praca fotomodelki, teraz "Robinson". Czy to zaplanowany bieg ku karierze?
-Do smierci taty nie myslałam o życiu w tych kategoriach. On zresztą zawsze powtarzał: "Gdzie ci będzie tak dobrze, jak w domu". Utrzymywał całą rodzinę, niczego nam nigdy nie brakowało. Wybory miss i praca fotomodelki to była tylko zabawa. Przy okazji zarobiłam trochę pieniędzy, kupiłam samochód. Ale dopiero od kilku miesięcy poważnie zastanawiam się nad przyszłoscią, również finansową.

-Chcesz wyrwać się z małego miasteczka?
-W Żywcu jest bardzo pięknie i przyjemnie, to takie beztroskie życie, za którym pewnie jeszcze kiedys zatęsknię. Ale jestem już zmęczona tym jednostajnym rytmem: szkoła, dom, jakas sesja zdjęciowa. Dopóki miałam chłopaka, to razem z nim spędzałam czas, spotykalismy się ze znajomymi, cos się działo. Od półtora roku jestem sama, dzień mija za dniem, nie dzieje się nic. Weekend w Żywcu to albo dyskoteka, albo grill u znajomych. Na tym koniec atrakcji.

-Myslisz, że wielkie miasto może dać ci o wiele więcej?
-Na pewno. W Żywcu owszem, mamy piękne góry i jezioro, ale na przykład tylko jedno kino. To miasto ograniczonych możliwosci. Życie płynie monotonnie, tam się nie można rozwinąć. Czuję, że muszę stąd wyjechać.

-Za chwilę posypią się pewnie atrakcyjne propozycje dla kobiety "Robinsona". Jestes na to przygotowana?
-Bardzo na to liczę. Mam nadzieję, że cos się ruszy. Już od stycznia chcę zamieszkać w Warszawie i tutaj spróbować swoich sił.

[Rozmawiała Anna Bimer, Gala / Foto: K. Dubiel]

Showmag

Relacja z powitania Kasi w "Co za Tydzień"
Niedziela, 9 stycznia 2005, godzina 18:01

Dzis w programie "Co za Tydzień", emitowanym na antenie TVN, było można zobaczyć krótką relację z oficjalnego powitania Kasi Drzyżdżyk w jej rodzinnym Żywcu. Spotkanie odbyło się 29 grudnia 2004 roku, w Miejskim Centrum Kultury. Zwyciężczyni "Wyprawy Robinson 2004" przekazała na aukcję medal Robinsona, który otrzymała za zwycięstwo. Dochód z licytacji zostanie przekazany potrzebującym.

[showmag.info]

Showmag

"Wyprawa Robinson 2004": sprawa węża
Sroda, 12 stycznia 2005, godzina 15:17

We wrzesniu ubiegłego roku, Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami złożyło w prokuraturze doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez TVN, która w dniu 20 wrzesnia 2004 roku, w programie "Wyprawa Robinson" pokazała sceny drastycznego zabijania węża. Pismo w tej sprawie zostało także skierowane przez Prezesa Klubu Gaja do Krajowej Rady Rady Radiofonii i Telewizji. Finał tej sprawy miał miejsce 3 grudnia ubiegłego roku. Ostatecznie KRRiT uznała wyemitowane sceny za mogące mieć negatywny wpływ na rozwój psychiczny i moralny małoletnich oraz narażające odbiorcę na negatywne przeżycia emocjonalne. Nadawcę wezwano do zaniechania emisji tresci sprzecznych z art. 18 ustawy z 29 grudnia 1992 roku o radiofonii i telewizji. Poniżej zamieszczamy pisma Klubu Gaja, stacji TVN i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji dotyczące sprawy zabicia węża w programie "Wyprawa Robinson".

Pismo skierowane przez Klub Gaja do Danuty Waniek, Przewodniczącej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji:
Szanowna Pani, Klub Gaja zwraca się z wnioskiem o doprowadzenie do zdjęcia z emisji programu "Wyprawa Robinson" z anteny TVN oraz o wyciągnięcie konsekwencji w stosunku do osób winnych złamania polskiego prawodawstwa. Uzasadnienie: W dniu 20 wrzesnia 2004 r. na antenie TVN w programie "Wyprawa Robinson" uczestnicy programu złamali ustawę o ochronie zwierząt dopuszczając się bestialskiego zabicia węża. Art. 17 ust. 6 ustawy o ochronie zwierząt mówi "Zabrania się propagowania lub upowszechniania drastycznych scen zabijania, zadawania cierpienia lub innej przemocy, ze strony człowieka, której ofiarami są zwierzęta, chyba, że sceny te mają na celu napiętnowanie okrutnego zachowania wobec zwierząt". Oto opis wydarzeń z wspomnianego odcinka. Tekst pochodzi z oficjalnej strony internetowej programu, na której dodatkowo można obejrzeć materiał wideo: "Żółci (zawodnicy z drużyny południowej) medytują nad skrzynią. W końcu otwiera ją Marcin, bardzo powoli, bo chociaż wierzą, że będzie w niej cos fajnego (np. zaproszenie do hotelu), to podswiadomie boją się pułapki. W skrzyni jest duży wąż. W pierwszym odruchu zamykają wieko, ale Łukasz jest ciekawy i chociaż dziewczyny się boją, chce obejrzeć gada. Ponownie otwierają skrzynię i Łukasz krzyczy, że to boa (chociaż ewidentnie widać, że to pyton), i że trzeba go zabić. -Dajcie kamienia! Utłuczemy go! Dajcie siekierę!- woła Łukasz. Reszta grupy próbuje go uspokoić. Łukasz jest w amoku. Pokrzykuje: Killing, trzeba go killing! Do tego przyłącza się Gosia. Igor proponuje, żeby nie zabijać węża, tylko zwrócić mu wolnosć, ale zostaje zakrzyczany, że zwariował. Kuba komentuje, że niezły dowcip im zrobiono. Łukasz przekonuje, że 'boa' ma dużo smacznego mięsa. Gosia stwierdza, że wąż wygląda na zmęczonego życiem, więc trzeba mu pomóc w cierpieniu. Igor prosi o głosowanie. Tylko on i Kuba są przeciwni zabiciu gada. U pozostałych odzywają się pierwotne instynkty, chcą zaspokoić swoją potrzebę, chcą zabić. Łukasz wyciąga pytona ze skrzyni. W ostatniej walce zwierzę zawija mu się wokół ręki, ale Gosia pomaga rozciągnąć węża, po chwili dołącza do niej Lidka. Już trzy osoby trzymają gada. Igor i Kuba odchodzą, nie chcą patrzeć na ten mord. Łukasz odrąbuje siekierą łeb węża, ale to nie załatwia sprawy. Głowa z kawałkiem tułowia wciąż się rusza. Łukasz wali w nią trzonkiem siekiery, ale nie daje to rezultatu. Zostawiają wijący się łeb w trawie i odchodzą. Igor mówi, że zrobili krzywdę samym sobie. Mają ponad 20 kg ryżu, olej, mąkę, kokosy. Zabicie węża nie jest aktem rozpaczy, tylko zaspokojeniem instynktu. Łukasz napawa się swoim zwycięstwem nad gadem. Owija go wokół szyi i stwierdza, że skończył się Kenio. Zawodnicy z drużyny południowej oprawiają węża. Marcin i Łukasz sciągają z niego skórę. Całkiem dobrze z tym sobie radzą, chociaż to przecież ich pierwszy raz. Żółci (zawodnicy z drużyny południowej) pieką nad ogniskiem węża, jak kiełbaski. Próbują niesmiało, ale okazuje się, że mięso jest bardzo smaczne. Igor je ryż. Odmawia zjedzenia węża, wciąż ma żal, że zabili zwierzę". Zdaniem Klubu Gaja, program ten w ewidentny sposób naruszył zapisy ustawy o ochronie zwierząt. Ponadto program ten narusza normy etyczne i moralne. Akty nieuzasadnionego bestialstwa w stosunku do zwierząt sztuczne wywoływane przez realizatorów programu zasługują na napiętnowanie oraz wyciągnięcie konsekwencji w stosunku do osób winnych opisanej sytuacji. Klub Gaja wnosi o podjęcie natychmiastowych działań w tej sprawie oraz przesłanie informacji o sposobie załatwienia naszego wniosku. Jednoczesnie pragniemy poinformować, iż Stowarzyszenie nasze wstrzymuje się od podjęcia dalszych działań- w tym prawnych- w tej sprawie, uzależniając je od sposobu załatwienia naszego wniosku. Prosimy, zatem o potraktowanie naszego wniosku jako bardzo pilnego. Liczymy na zrozumienie naszego oburzenia i wyciągnięcia odpowiednich konsekwencji w stosunku do bezmyslnego, okrutnego i niezgodnego z prawem działania realizatorów programu "Wyprawa Robinson".
Z poważaniem Jacek Bożek, Prezes Klubu Gaja

Tresć dokumentu skierowanego przez Klub Gaja do Prokuratury Rejonowej w Bielsku-Białej:
Szanowni Państwo, W dniu 20 wrzesnia 2004 r. na antenie telewizji TVN wyemitowano program "Wyprawa Robinson". Przedstawiono w nim drastyczną scenę zabicia węża przez uczestników tego programu. Oto krótki opis tej sceny: "Wąż znajdował się w skrzyni, uczestnicy wyjęli go i rozciągnęli. Następnie jeden z nich wziął siekierę i odrąbał wężowi głowę z częscią tułowia. Jednakże głowa węża wciąż się wiła. Na to uczestnik programu zareagował uderzając w nią trzonkiem siekiery, co jednak nie przyniosło rezultatu. Wijącą się wciąż głowę wyrzucono w trawę". Mamy tu niewątpliwie do czynienia z naruszeniem zakazu okreslonego w art.17 ust.6 Ustawy o ochronie zwierząt, co podlega w swietle zapisu art. 37 ust. 1 tejże ustawy karze aresztu lub grzywny. Klub Gaja jako Stowarzyszenie, którego statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, domaga się podjęcia niezbędnych w tym zakresie działań.
Z poważaniem Jacek Bożek, Prezes Klubu Gaja

Odpowied TVN skierowana do Jacka Bożka, Prezesa Klubu Gaja:
Szanowny Panie, W nawiązaniu do pisma z dnia 22 wrzesnia 2004 r. w sprawie emisji w dniu 20 wrzesnia 2004 r., o godzinie 21.30 audycji Pt.: "Wyprawa Robinson", w której pokazana została scena zabicia węża- pytona siatkowanego, chcielibysmy wyjasnić, co następuje: "Wyprawa Robinson" jest audycją należącą do tzw. gatunku reality, którego podstawowym założeniem jest rejestrowanie zachowań uczestników postawionych w niecodziennych okolicznosciach na żywo. Scenariusz audycji nie przewiduje konkretnych zachowań bohaterów, którzy postępują według swojego uznania. W odcinku, wyemitowanym w dniu 20 wrzesnia w nagrodę za wygranie konkurencji uczestnicy otrzymali skrzynię, w której znajdował się wąż. Był to pyton siatkowany. Uczestnicy sami mieli podjąć decyzję, co do dalszych losów węża. W wyniku dyskusji zdecydowali o jego zabiciu. Realizatorzy audycji nie mieli wpływu na wynik dyskusji. Sposób, w jaki uczestnicy zabili węża był wyłącznie pomysłem bohaterów audycji. Uznalismy, że pokazanie tej sceny może przyczynić się do podjęcia szerszej dyskusji na temat problemu ochrony zwierząt- jak też się stało. Wydawało nam się, że ważne jest pokazanie jak nieprzewidywalne może być zachowanie człowieka w sytuacjach ekstremalnych, a także, że niektóre nasze cechy ujawniają się dopiero w okolicznosciach zmuszających do zdecydowanych działań. Bohaterowie nie musieli zabijać węża. Decyzja należała wyłącznie do nich. Jednak mimo sprzeciwu dwóch członków grupy, którzy ostro skrytykowali grupę, wąż został zabity. Wydaje się, że kłótnia na temat tej decyzji i padające argumenty zobrazowały poglądy polskiego społeczeństwa w przedmiocie granic ochrony zwierząt i między innymi z tego powodu wyemitowana została przedmiotowa scena. Jednoczesnie informujemy, że opis sceny został wycofany z Internetu. Ponownie zapewniamy, że nie było celem emisji audycji epatowanie przemocą wobec zwierząt. Załączamy także wyjasnienia TVN w tej sprawie przesłane do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.
Edward Miszczak, Wiceprezes Zarządu TVN S.A.

Odpowied TVN skierowana do Danuty Waniek, Przewodniczącej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji:
Szanowna Pani Przewodnicząca, W odpowiedzi na pismo z dnia 1 padziernika 2004 r. w sprawie emisji w dniu 20 wrzesnia 2004 r., o godzinie 21.30 audycji pt.: "Wyprawa Robinson" i otrzymanych przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji skarg widzów, oburzonych rozpowszechnieniem sceny zabicia węża w audycji wyjasniamy, co następuje: Audycja "Wyprawa Robinson" jest produkowana na warunkach umowy licencyjnej zawartej z angielską firmą Castaway, przez szwedzką firmę Strix, specjalizującą się w realizacji programów reality show. Cykl audycji i ich przebieg został opracowany przez przedstawicieli firmy, z wykorzystaniem ich siedmioletniego doswiadczenia w realizacji programu. Nadajemy audycję od 7 wrzesnia 2004 r. i dotychczas reakcje widzów były przychylne. Jest to pierwszy przypadek, gdy pokazana scena wzbudziła tyle emocji i kontrowersji. Założeniem tego gatunku audycji jest pokazywanie zachowań i reakcji ludzi w nietypowych okolicznosciach. Audycje reality show są nadawane we wszystkich programach telewizyjnych, na całym swiecie. Nie przypuszczalismy, że przedmiotowy fragment będzie negatywnie odebrany. Scenariusz powstały przed realizacją zdjęć w Malezji zwiera ogólny opis początku programu, czyli tzw. lądowanie zawodników na wyspach, rodzaje konkurencji pomiędzy uczestnikami, nagrody za konkurencje, połączenie dwóch grup w jedną oraz w zarysie plan finału programu. W scenariuszu nie ma zaplanowanych konkretnych zachowań uczestników, ponieważ jest to reality show- gatunek, który opiera się na rejestrowaniu wszystkich zachowań na żywo, bez ingerencji reżyserskiej. Jedną z nagród za wygraną konkurencję była skrzynia z niespodzianką, w której znajdował się wąż. Taka nagroda była przyznawana w wielu zagranicznych edycjach programu- po to, by zobaczyć, jak zawodnicy zachowają się wobec tak nietypowej sytuacji. Reakcje były różne. W polskiej edycji doszło do skonfrontowania zapewnień Polaków o ich miłosci do zwierząt z rzeczywistoscią. Jak się okazało, deklaracje te nie znalazły potwierdzenia w sytuacji, gdy zawodnicy przebywali dwa tygodnie z dala od cywilizacji. Istotna jest według nas przede wszystkim dyskusja zawodników na temat losów węża, nie jej efekt. Przedstawione w dyskusji argumenty, swiadczą o poziomie swiadomosci danego społeczeństwa w sprawie ochrony zwierząt. Na osmiu zawodników, tylko dwóch sprzeciwiło się zabiciu węża, a szesciu bardzo zdecydowanie przekonywało o potrzebie jego zabicia. Kłótnia zakończyła się decyzją o zabiciu węża. Dyskusja stanowiła integralną częsć odcinka, więc nie moglismy uniknąć jej pokazania. Jednak, w celu złagodzenia charakteru sceny dokonalismy jej skrócenia. Zdarzenie, które w rzeczywistosci trwało kilkanascie minut, w programie skrócilismy do pół minuty. Ponadto, wyeksponowalismy wypowiedzi dwóch zawodników, którzy byli przeciwni zabiciu węża, czemu dali wyraz w bardzo ostrej krytyce zachowania reszty grupy. Pokazana scena zabicia węża wzbudziła dyskusję w sprawie ochrony zwierząt również wsród naszych widzów. Emocje związane z emisją audycji doprowadziły do otwarcia problemu ochrony zwierząt, którym zazwyczaj interesuje się wąska grupa osób. Dzięki emisji audycji problem ten miał szansę dotarcia do szerokiego grona widzów i skłonienia ich do wyrażenia swojego zdania w sprawie. Widzowie mieli okazję do postawienia się w nietypowej sytuacji, w której znaleli się uczestnicy naszej audycji i odpowiedzi na pytanie o swoje zachowanie w przedstawionych okolicznosciach. Zamiarem autorów scenariusza audycji nie było doprowadzenie do zabicia węża. Taka możliwosć była brana pod uwagę, ale realizatorzy audycji spodziewali się, że wąż zostanie wypuszczony. W ekipie, na planie przebywała osoba odpowiedzialna za jego odebranie. Wąż pochodził z malajskiej hodowli specjalizującej się w hodowli węży z przeznaczeniem do wyrobu z nich skóry. Zabijanie węży w Malezji jest powszechne i znajduje społeczne przyzwolenie. Węże są tam traktowane w kategoriach pożywienia, podobnie jak w Polsce ryby, a ich skóra jako popularny surowiec na wyroby skórzane. W związku z przesłanymi do TVN skargami, zdecydowalismy o nie emitowaniu tej sceny w kolejnych emisjach audycji. Opis tej kontrowersyjnej sceny został także niezwłocznie wycofany z Internetu. Dokonalismy przeglądu wszystkich pozostałych kaset z nagranymi, zmontowanymi nowymi odcinkami i nie stwierdzilismy umieszczenia w nich podobnych scen. Zapewniamy, że celem emisji audycji nie było epatowanie przemocą wobec zwierząt. Nie przypuszczalismy, że niektórzy widzowie odbiorą scenę zabicia węża w sposób tak bardzo emocjonalny i poczują się z tego powodu urażeni.
Edward Miszczak, Wiceprezes Zarządu TVN S.A.

Odpowied Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z 3 grudnia 2004:
Szanowni Państwo, W odpowiedzi na wystąpienie skierowane do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, dotyczące scen zabicia węża w audycji pt. "Wyprawa Robinson", z upoważnienia Przewodniczącej KRRiT uprzejmie proszę o przyjęcie następujących wyjasnień. Analiza programowa wykazała, że scena zabicia węża w odcinku wyemitowanym 20 wrzesnia 2004 roku, miała charakter brutalny i niegodziwy. Jeden z uczestników na oczach widzów dokonał brutalnego aktu pozbawienia życia węża za pomocą ostrego narzędzia (siekiery), wielokrotnie uderzając go, aż do osiągnięcia zamierzonego skutku. Powtarzalnosć uderzeń sprawia, że scena przesycona jest okrucieństwem. Przewodnicząca KRRiT uznała, że nadawca powinien brać pod uwagę możliwosć zabicia węża przez uczestników audycji, mimo że realizatorzy audycji spodziewali się, że wąż zostanie wypuszczony. W związku z tym, Przewodnicząca KRRiT podkresliła, że realizator nie powinien stawiać uczestników przed takim wyborem, gdzie jedną z alternatyw jest zabójstwo zwierzęcia. Autorzy audycji w żadnej mierze nie powinni podsycać negatywnych instynktów ludzkich. Przewodnicząca KRRiT stwierdziła, że emitując scenę brutalnego zabicia zwierzęcia, nadawca naruszył art. 18 ustawy o radiofonii i telewizji pokazując sceny mogące mieć negatywny wpływ na rozwój psychiczny i moralny małoletnich, narażając odbiorcę na negatywne przeżycia emocjonalne. W związku z powyższym na podstawie art. 10 ust. 2 i 3 ustawy z 29 grudnia 1992 roku o radiofonii i telewizji (Dz.U. z 2001 roku, Nr 101, poz. 1114, z pón. zm.) Przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wezwała nadawcę do natychmiastowego zaniechania emisji tresci sprzecznych z art. 18 ustawy z 29 grudnia 1992 roku o radiofonii i telewizji. Z upoważnienia Przewodniczącej KRRiT, dziękuję za troskę o kształt programów telewizyjnych, zwłaszcza w godzinach, w których widownię mogą stanowić dzieci. Jednoczesnie proszę o przyjęcie wyjasnień w kontekscie zarzutów przedstawionych w skardze.
Z poważaniem Anna Szydłowska, Dyrektor Departamentu Prezydialnego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji

[Inf. zebrane]

Showmag

Wito prowadzącym nowy program w TVN7
Czwartek, 13 stycznia 2005, godzina 23:54

Od 3 stycznia na antenie stacji TVNsiedem można oglądać nowy teleturniej "Garito". Jest to w 100% program interaktywny, który prowadzą Olimpia Ajakayie oraz Witold Casetti- Włoch znany z programów "Europa da się lubić" oraz "Wyprawa Robinson 2004". W "Garito" nie ma zawodników w studiu, a uwaga prowadzącego jest w całosci skupiona na widzach przed telewizorami. W trakcie zabawy przedstawiane są konkursy słowne, w których trzeba poprzestawiać litery, znaleć ukryte słowa lub odgadnąć wyrazy, mając do dyspozycji szereg podpowiedzi, zarówno słownych jak i graficznych. Program "Garito" emitowany jest na żywo, od poniedziałku do piątku o godzinie 11:00. Prowadzący starają się zachęcić widzów do zabawy, która może zakończyć się zdobyciem atrakcyjnej nagrody finansowej.

[showmag.info]

sqone i Miniok

Witamy i zapraszamy wszystkich na nowo otwartą stronkę o Kasi Drzyżdżyk !!!!!!! Na pewno wam się ona spodoba!!!!!!!!
ZAPRASZAMY można u nas obejżeć film o Kasi, jej fotki, wywiady i przeczytać zapis czata. Mamy też utwory z programu i forum. ZAPRASZAMY